GLOBALNE Z LOKALNYM

Ze spalonych słońcem piasków przybywały karawany objuczone daktylami i figami, przywożąc węże, papugi, małpy, dziwną muzykę, dziwne opowieści. Rynek stanowił centrum miasta, jego jądro, omphalos, jak przeszłość i teraźniejszość, ulokował się na rozstajach dróg. Ludzie wstawali i szli na rynek kupić kawę i jarzyny, jaja i wino, garn­ki i dywany, pierścienie i naszyjniki, zabawki i łakocie, miłość, sznury, mydło, wozy i furmanki, szli tam, by patrzeć, słuchać i wpadać w za­chwyt, kupować i bawić się. Lecz szli głównie po to, aby spotkać innych i porozmawiać. Na rynku rozwijał się język. W podobny sposób opisuje rynek i jego społeczną rolę Krzysztof Mroziewicz, reporter i były ambasador Polski w Indiach: „Ponieważ bazar jest w miastach azjatyckich ośrodkiem życia, przeto wszystkie­go można się dowiedzieć właśnie tam.Dla społeczności wioskowej miejscem pogwarek była studnia lub rze­ka, gdzie przychodziło się po wodę lub robiło pranie. Zbierały się tam kobiety rozmawiające, oceniające, plotkujące. Mężczyźni mieli gospody i karczmy. A i place miejskie były prawdziwymi targowiskami idei i in­formacji. Arturo Perez-Reverte przypomina klimat dawnego Madrytu:Schody do kościoła św. Filipa były najgwarniejszym, najruchliwszym i najpopularniejszym miejscem w ówczesnym Madrycie. Dzięki stojącej w sąsiedztwie Stacji Kurierów poczty królewskiej, gdzie listy i nowiny z całej Hiszpanii docierały, a także dzięki usytuowaniu wedle głównego traktu stołecznego, stał się ogromnym targowiskiem opinii i plotek. To tu najgłośniej przechwalali się weterani, tu duchowni wymieniali zawzięcie pogłoski. Każda wiadomość, fama czy bujda w obieg tu pusz­czona rychło krążyć zaczynała, tysiąckrotne przybierając rozmiary, i nic tutejszym wszechwiedzącym językom nie umknęło. (…) I nawet wielki Miguel Cervantes, napisał: „Bywajcie, zacne schody Filipowe, gdzie jak z weneckiej dowiesz się gazety, czy Turek nie szykuje wojny nowej”.