KRYTYKA GLOBALIZACJI

Te same seriale hollywoodzkie oglądane w Indiach, Meksyku czy Ugandzie nie są tak samo interpretowane i przyswajane jak w Stanach Zjednoczonych. Windows i internet słu­żą do lokalnych celów w biurach na Manhattanie, a innych w urzę­dach Szanghaju nie mówiąc już o slumsach w Sao Paulo. Krytyków globalizacji niepokoi przede wszystkim odczuwana przez nich kulturowa i kulturalna dominacja Stanów Zjednoczonych. W la­tach 70. XX wieku we Francji i krajach Trzeciego Świata rozwinął się popierany przez United Nations Educational, Scientific and Cultural Organization (UNESCO) specyficzny i wpływowy ruch oporu wobec kultury amerykańskiej. Interesy biedniejszego Południa przeciwstawia­no dążeniom bogatej Północy, Ameryki i Europy. Posługiwano się termi­nem „imperializm kulturalny” Stanów Zjednoczonych, by ukazać mar­ketingową presję światowych producentów kultury masowej. W odpo­wiedzi amerykańscy producenci filmowi i telewizyjni twierdzili, że re­agują jedynie na popyt rynkowy, dostarczają więc to, co ludzie na całym świecie sami lubią i chcą oglądać. Mają oczywiście wiele racji; dla przeciętnych ludzi telewizja jest atrakcyjniejsza i w odbiorze łatwiej­sza, ciekawsza niż literatura, teatr czy malarstwo. Podbiła świat, jest bowiem głównie rozrywką z domieszką informacji. W swym profilu była wszechstronna oferując dla każdego coś interesującego.